sobota, 30 maja 2015

Spacerek po Królikarni

Co prawda do Królikarni zawędrowałam już kiedyś w trakcie mojego spaceru "mokotowsko-puławskiego", ale mój ulubiony kompleks pałacowo-parkowy zasługuje na własną trasę tematyczną.

I tak: było o historii Królikarni, o jej mieszkańcach, o rzeźbach i szczególnie o jednym rzeźbiarzu, było o pszczołach, o donicach z pomidorami, o "Majątku", o pożarach, o kuchni...

Ale o tym panu nic nie było:

sobota, 11 kwietnia 2015

mody warszawskie

"O, mody warszawskie!

Tak już jest, że żywiołowość mody męskiej przewyższa w Warszawie modę damską. Może stanowi to regułę i gdzie indziej, ale w Warszawie jest tak na pewno. Moda męska ma w tym mieście coś z sił natury bardziej ślepych i bezdusznych niż moda damska. Zdarza się, że model wiatrówki, nowy rodzaj wiązania krawata lub nowy typ popularnego obuwia zdobędzie sobie herb elegancji i wtedy młodzież męska zaczyna się upodabniać do objętego pożarem suchego lasu. Moda kobieca ulega w Warszawie pewnej indywidualizacji, niezbyt wymyślnej, to prawda, ale zawsze. Natomiast męska... Instynkt stadny, cechujący warszawiaków w sprawach mody, ma w sobie coś przygnębiającego. Jej spontaniczność równa jest jej bezmyślności. Jeśli panuje moda na szarość, wszyscy są w Warszawie szarzy, jeśli na kolorowość - kolorowi. Przeciętny warszawiak lubi to co modne, nigdy natomiast nie zastanawia się nad tym, co ładne, nie rozważa swych upodobań, nie posiada własnych skłonności ku temu czy innemu przedmiotowi, takiemu czy innemu krojowi ubrania, tej czy innej barwie. Dlatego właśnie ginie w modnych tłumie. Albowiem ogromnej większości warszawiaków obca jest ta prosta prawda, że elegancja to nie to samo, co kosztowne naśladownictwo bieżącej mody, że elegancja to własne sympatie uwydatnione w dobrze dobranym do własnej osoby ubraniu.

Ogólnie rzec biorąc - najszerzej pojętą modę warszawską cechuje junackość. Warszawska młodzież męska lubi w ubiorze swym akcentować natychmiastową gotowość do szybkiego działania. Stąd, na przykład, sznurowane na piersiach piłkarskie koszulki, które noszone pod sztywną, czarna dwurzędówką stanowią szczyt wykwintu  w pewnych kręgach warszawskiej stolicy. Podobną nutą sportowej gotowości dźwięczy moda kolorowych dżemprów lub zgoła koszulek gimnastycznych, wyglądających zuchowato spod rozpiętego kołnierzyka zwykłej koszuli pod szyję. Przedwiośnie tego roku stało pod znakiem inwazji płaszczy: były to płaszcze o charakterze półwojskowym, o kroju podobnym do angielskich trenczy - z pagonami na ramionach, mocno ściągnięte paskiem, z rozmaitymi klapeczkami i zapinkami na kołnierzu. Płaszcze miały wyrażać żelazną odporność ich posiadaczy na wszelką pogodę, wytrzymałość na wszelkie trudy  i zmiany losu, miały być uniformem walczącego z niebezpieczeństwami wielkiego miasta mężczyzny. Płaszcze te, odpowiednio zapięte i na odpowiedniej sylwetce, sprawiały rzeczywiście duże wrażenie. Lecz moda ma to do siebie, że ogarnia wszystkich, bez względu na sylwetki. Było tedy do przewidzenia, ż moda ta i tym razem skończy się inflacją pewnych wartości. Warszawa zalana została rzeczonymi płaszczami: robiono je z zielonego drelichu, ze śpiworów, z impregnowanej popeliny, z impregnowanego rypsu, w kolorze khaki, w kolorach wszelakich odcieni trawiastych klombów, sinych metali, mlecznej kawy i kakao. Pojawiły się one na wszystkich: na sportowcach i matematykach., na młodych tokarzach i starych farmaceutach, na uwodzicielach i steranych ojcach rodzin, na gibkich postaciach dwudziestolatków i na przysadzistych, starszych panach - noszone z nonszalancją, swobodą wdziękiem, elegancją, niedbałością, niezręcznością, bezmyślnie, niechlujnie, krzywo i bez należytego zrozumienia piękna - określiły wygląd ulicy warszawskiej w owym przedwiośniu. Te płaszcze, berety, półbuty na białej i porowatej gumie, zwanej gumą Mikro."
(Tyrmand, Zły)

czwartek, 19 marca 2015

Marszałkowska 4


Początek stycznia – czas na wypełnianie postanowień noworocznych… sprzed dwóch lat;-) Lepiej późno niż wcale – i w ten sposób odbyłam szkolenie z pierwszej pomocy PCK.

Miało ono miejsce przy Marszałkowskiej 4, w wołającej o pomstę do nieba kamienicy oddalonej zaledwie kilka kroków od Placu Unii Lubelskiej. Fasada jaka jest, każdy widzi, i aż chce się odwrócić wzrok – obskurna elewacja, brak balkonów (zniknęły ponoć już pod koniec lat 90.), wygląd zapowiadający nieuchronną katastrofą budowlaną. Na forach sprzed lat 10 znalazłam informacje, jakoby budynek miał być odnowiony… najwidoczniej były to życzeniowe rozważania.
Jednak już wnętrze bramy oraz klatki schodowej, sprawia lepsze wrażenie (mimo że też pozostawia do życzenia). Tu uroku dodają sztukaterie i płaskorzeźby, w tym nieco secesyjne wodno-kwiatowo-geometryczne motywy.
Zaiste, kamienica powstała około lat 1906-1908 jako kamienica Juliusza Ostrowskiego. Nie jestem stuprocentowo pewna, ale zapewne chodzi o hrabiego Juliusza Karola Ostrowskiego, historyka, heraldyka, kolekcjonera sztuki oraz dziedzica i dobrodzieja Tomaszowa Mazowieckiego.
W stylu secesji geometrycznej  są też ozdoby drewnianych odrzwi.
 Biuro PCK sprawiało wrażenie zapomnianego przez III RP. Jednak i tu dostrzegłam kilka smaczków. Jako to w mieszkaniu przedwojennym (przed-pierwszo-wojennym) sufity są wysokie. W kilku pomieszczeniach stoją też kaflowe piece, które zapewne stanowią teraz jedynie pamiątkę po dawnych czasach.
Ponadto mamy w fasecie dekoracje "wodniackie", jak w holu.

Jednak najbardziej zaskakująca jest tablica pamiątkowa w kuchni.
 Było to mieszkanie Aleksandr Bauera i Marii, z d. Ostyk-Narbutt, oraz ich córki Janiny (Gellert-Bauer), która będąc młodą dziewczyną w chwili wybuchu wojny, szybko włączyła się w ruch konspiracyjny.
"I tak nasze miesz­ka­nie w War­sza­wie przy Mar­szał­kow­skiej 4 m. 2 zostało loka­lem Komendy Głów­nej PSZ, ZWZ, AK, loka­lem „dzien­nego pobytu” gen. Toka­rzew­skiego i gen. Grota Rowec­kiego, popu­lar­nie zwa­nym „Kawia­renka”," wspomina pani Janina.

Pani Janina w czasie wojny potajemnie studiowała medycynę, w trakcie powstania udzielała się jako łączniczka i sanitariuszka, wywodzi się zresztą z rodziny o tradycjach medycznych. Tak więc ulokowanie tu biura PCK poniekąd nawiązuje do dawnych mieszkańców;-)

A wracając do kursu pierwszej pomocy - bardzo udany i profesjonalny, polecam! Miejscówka jednak już zmieniona; oddział przeniósł się na Wolę (choć na stronie PCK dane adresowe jeszcze nie zostały zaktualizowane)

Na sam koniec jeszcze dawne zdjęcie początku biegu Marszałkowskiej. Interesująca nas kamienica ledwo widoczna. 

poniedziałek, 9 marca 2015

św. Marcin

Jedno z moich ulubionych zdjęć, które zawsze próbuje przekonać mnie, że nie jest zdjęciem, a obrazem. Ciemną kreską podkreślone gzymsy, barokowe fale i soczyste kolory - wszystko to łudzi moje oko.
Tak bajkowo prezentuje się fasada kościoła św. Marcina z ulicy Piwnej.

niedziela, 15 lutego 2015

pierwszy wiosenny spacer po Mokotowie

Co roku coraz wcześniej przychodzi pierwszy oddech wiosny. Słońce i rześkie powietrze znowu wiodą mnie na Mokotów.
W oczekiwaniu na zapiekankę, napadam na bramę kamienicy przy Skolimowskiej 3.
Jedzenie na świeżym powietrzu - to niechybna oznaka wiosny.

Chocimską kieruję się ku Morskiemu Oku. Okazuje się, że po zeszłorocznym remoncie na Domu Weleckim brakuje tablicy upamiętniającej korporację akademicką "Welecja".
Morskie Oko ciągle skute lodem; kaczkom to zdecydowanie nie przeszkadza;-) Słońce, spacerowicze, pieski - jest pięknie.

Wracając do Puławskiej ulicą Belgijską zauważam na kamienicy tabliczkę z nazwiskiem architekta i datą - Antoni Dygat 1929.
Był to architekt odpowiedzialny m.in. za Wytwórnię Papierów Wartościowych czy Wojskowy Instytut Geograficzny. Na innych budynkach na Belgijskiej widnieją daty z lat trzydziestych, bez nazwisk.

niedziela, 1 lutego 2015

Syrenka staromiejska

Już ci, to ona! ale gdzie ona stoi? to nie Rynek - więc gdzie ona uciekła?
Zaiste można powiedzieć, że czmychnęła; skryła się przed wandalami na podwórzu Muzeum Historycznego Miasta Warszawy. Nie tak znowu daleko od swojego sobowtóra i pierwotnego stanowiska...

Nie pierwszy raz Syrenka Staromiejska się przemieszcza. Kiedy pierwszy raz zobaczyła Warszawę 7. sierpnia 1855 stanęła w miejscu, skąd ją obecnie kojarzymy, czyli na Rynku. Ale jakże inaczej Rynek wtedy wyglądał. Nie był to uroczy cel przechadzek (czy dziś jest uroczy, to osobna sprawa; przede wszystkim zatłoczony; jednakowoż swój urok ma). Od półwiecza jego środek stał pusty, a miejsce po dawnym Ratuszu zostało zajęte przez stragany. I wśród tych straganów i bud znalazła swoje miejsce syrenka dłuta profesora Szkoły Sztuk Pięknych, Konstantego Hegla. Także postument prezentował się zgoła inaczej, mianowicie miał kształt skały, u podnóża której znajdował wodotrysk (była to przecież era Marconiego i jego wodociągów). Otoczenie to zmieniło się w 1914, kiedy Syrenka stanęła na prostym cokole, tym razem przyozdobionym jedynie wodotryskami w formie delfinów.
Nie zawsze jej uroda była doceniana. W 1913 r. Wiktor Gomulicki pisał na łamach kuriera Warszawskiego:

"W jakimś starym włoskim ogrodzie, obfitującym w arcydzieła rzeźby, tej syrenie dano by miejsce na szarym końcu, nazbyt się nią nie pyszniąc. Ale Warszawa, sama w dziedzinie sztuk plastycznych szare miejsce zajmująca, mniej musi być wybredna. Mnie, który nie żyje ani w mieście,  ani w wieku medyceuszów, ta niby herbowa wyobrazicielka Warszawy, na złomach skalnych, jakby dla osuszenia się na słońcu po kąpieli morskiej rozsiadła, jest wcale pięknym i na potrzeby skromnej Warszawy zgoła wystarczającym tworem".

Syrenka zaczęła zwiedzać Warszawę w 1928, kiedy została wyeksmitowana: najpierw chwilowo do magazynów pod mostem Poniatowskiego, a następnie na teren klubu Wioślarskiego na Solcu (nota bene, nowy cokół był piaskowcem z rozebranego soboru na placu Saskim). W tym miejscu udało się jej przetrwać wojnę.
Kolejna przeprowadzka nie była daleka, bo do Centralnego Parku Kultury (obecnie Park Marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza). Nastąpiła w 1955, kiedy to w konsekwencji aktów chuligaństwa trafiła w ręce konserwatorów. Kolejnym postojem w trakcie tej warszawskiej peregrynacji znów stało się Stare Miasto, jednak tym razem zasiadła na murach staromiejskich na fundamentach wieży marszałkowskiej - stamtąd też ją pamiętam z pierwszych randek :-P Jednak nie zagrzała tam miejsca zbyt długo, bo już w 1999 wróciła na swe miejsce pierwotne po środku rynku, w otoczeniu nawiązującym do oryginalnego, czyli na cokole w wodzie.
Jak to jednak jest, że obrończyni Warszawy w żadnym miejscu swego pobytu nie mogła czuć się bezpiecznie, zawsze kończyło się poszkodowaniami. Także i w reprezentacyjnym punkcie spotkało ją wiele przykrości, jak na przykład oblanie farbą. W ten sposób od 2008 oryginalna Syrenka znajduje się pod opieką Muzeum Historycznego m.st. Warszawy (obecnie po prostu Muzeum Warszawy - krócej, nowocześniej, łatwiej do zapamiętania ;-) )  A na Rynku stoi sobowtór.